13.2.14

No i znowu...

Wiem, wiem. Rozdziału jak nie było tak nie ma ale naprawdę, nie mam ostatnio weny nawet gdybym się zmusiła to by nic z tego nie wyszło. Przez chwilę pojawił się pomysł usunięcia owego bloga jednak pomyślałam że jest tu kilka osób którym moje opowiadanie się podoba więc odstawiłam ten pomysł w kąt. Przyznaje, moje opowiadanie jest strasznie pokręcone jednak był to mój pierwszy poważny blog i zaczęłam go tak 'amatorsko' a teraz mam problem ponieważ nie wiem co dalej?
Nie powiem wam daty dodania kolejnego rozdziału ponieważ po prostu nie mam pojęcia kiedy to się stanie, przepraszam.

Jednak żeby nikt się nie obraził i żeby to miało ręce i nogi możecie zadawać pytania wybranym przez was bohaterom a nawet mojej osobie. 
Pytajcie o co chcecie i ile chcecie :*

26.1.14

Rozdział Jedenasty

XI.Korepetycje
-No i co teraz zrobisz?
-Mike, proszę! Puść mnie to łaskocze-chłopak trzymał mnie w pasie co chwilę ściskając moje boki co doprowadzało mnie do głośnego śmiechu. 
-Chciałaś mi uciec a teraz należy ci się kara. Zapamiętaj sobie, przede mną się nie ucieka. 
-Dobrze, przepraszam. Już nigdy tego nie zrobię.
-Mam nadzieję-na odchodne ścisnął mój bok ostatni raz a ja zarzuciłam rękoma do tyłu by się od niego odepchnąć. 
-Jeśli się nie ruszysz to spóźnimy się do szkoły.-chłopak mruknął coś w stylu 'taa' i rozglądając się przeszedł na drugą stronę ulicy.
-Mike, ja mówię poważnie. Ostatnio mam problemy a kolejne spóźnienia na pewno mi w tym nie pomogą.-stwierdziłam ze smutkiem ruszając za nim.
-Oo, Lilly Reed ma problemy? Z czym?
-Czy ty właśnie się ze mnie nabijasz?-odpowiedziałam pytaniem na pytanie
-Nie tylko jestem trochę zaskoczony.
-A więc tak. Lilly Reed ma problemy w szkole. Wszystko to przez ten popieprzony wypadek.
-Lilly..-Mike zatrzymał się przede mną.
-Spójrz na mnie.-kiedy po paru sekundach nie wykonałam zadania chłopak złapał mnie za podbródek i podniósł tak bym patrzyła mu w oczy.
-To co się stało już się nie odstanie. Czas nie stanął jednak ty tak. Weź się w końcu w garść, okey?-pokiwałam głową
-Dobrze-przez moment staliśmy w całkowitej ciszy. Mike co chwilę patrzył to na moje usta to w moje oczy. 
-Wiesz o tym że możesz mnie pocałować-nie czekając dłużej chłopak wbił się w moje usta o mało nas nie przewracając. Po tym gdy jęknęłam mu w usta Mike przyciągnął mnie jeszcze bardziej do siebie. Miałam wrażenie że nawet najmniejsza karteczka świata nie przecisnęła by się przez nas. 
-Mi..Mike. Bo naprawdę spóźnimy się.
-Tak, przepraszam ale to nie moja wina że mi tego brakowało.
-Człowieku, całowaliśmy się wczoraj przez prawie godzinę a ty nadal nie jesteś nasycony?!
-Przepraszam ale to nie moja wina.
-Tak tak.-resztę drogi przeszliśmy w ciszy. Szkoła jak szkoła, nic się w niej nie zmieniło. 
-No dobra to do zobaczenia po szkole.
-Zapomniałaś?-popatrzyłam na niego trochę zdezorientowana.
-Nie mów że naprawdę zapomniałaś! Dzisiaj mamy razem matematykę. 
-A no tak, racja. To do zobaczenia.-chłopak złapał mnie za rękę przyciągając do siebie i musnął moje usta swoimi. 
-Pa.-odchodząc miałam ochotę parsknąć jednak nie zrobiłam tego ponieważ wszyscy znajdujący się na korytarzu, wlepiali swój wzrok właśnie we mnie.
-Super-mruknęłam sama do siebie i weszłam do klasy.
-Lilly, hej! Jak widać przez te parę dni co się nie widziałyśmy wydarzyło się coś o czym mnie do tej pory nie poinformowałaś!
-Też się cieszę że cię widzę a teraz bądź tak miła i oświeć mnie o czym cie nie poinformowałam?
-No że jesteś z Mikiem Ramirezem! 
-My nie jesteśmy razem...chyba.-Suzan szepnęła krótkie 'okey'
-A zrobiłaś chociaż pracę z biologi? Jeśli dobrze pamiętam to ta jędza uwzięła się  właśnie na ciebie więc..
-O kurwa mać. Kompletnie zapomniałam. Daj odpisać od siebie!
-Zapomniałaś że ja mam grupę B a ty A!
-No trudno, kolejna jedynka mnie nie zbawi.-w momencie gdy to powiedziałam do klasy weszła pani Markowska a moje serce zaczęło bić jak szalone. 
***
Na trzeciej lekcji miałam matematykę i ku mojemu wielkiemu zdziwieniu nie mogłam się doczekać. W momencie gdy weszłam do klasy zauważyłam Mike rozmawiającego z nauczycielką. 
-O dobrze że jesteś. Podejdź do nas na chwilę.-na maksa zdezorientowana, niepewnym krokiem podeszłam do biurka nauczycielski.
-Proszę pani, naprawdę przepraszam ale jeśli chodzi o tą pracę z przed miesiąca to cały czas o niej zapominam i przysięgam że w następnym tygodniu będzie pani ją miała na biurku. 
-Kochanie, ja już dawno o niej zapomniałam jednak sprawa o której chciałam z tobą porozmawiać dotyczy ogólnie twoich ocen. Jeśli tak dalej pójdzie to oceny na półrocze będą marne, zwłaszcza z matematyki. Czy znalazłaś już kogoś kto by ci mógł pomóc?-nauczycielska wyjęła mały notesik z szuflady i zaczęła coś pisać.
-Jeszcze nie ale w weekend powinnam się tym zająć.
-Nie musisz już.-szepnęłam krótkie 'niee?'
-Nie ponieważ właśnie ci znalazłam korepetytora.
-Kogo? Proszę tylko nie Smitha!-kiedy nauczycielska pokazała palcem przed siebie mój wzrok skierował się w tamtą stronę i ze zdziwieniem stwierdziłam że chodzi jej o Mike`a. 
-Dzisiaj rano mówiłaś że masz problemy a gdy pani Cortner powiedziała bym pomógł ci w znalezieniu pomocnika pomyślałem że będzie to szansa na spędzanie z tobą więcej czasu.
-Czyli ty będziesz moim korepetytorem?-chłopak pokiwał głową.
-Bardzo się cieszę że się dogadaliście a teraz na miejsca bo jeśli jeszcze nie zauważyliście jest już po dzwonku.
-Dobrze i dziękuje.
Lekcja minęła spokojnie. Pani Cortner nie wzywała mnie do tablicy co spowodowało że wyszłam z klasy z wielkim uśmiechem.
-Zapraszam cie dzisiaj na obiad.
-Mike, nie wiem czy to dobry pomysł. Nie wiem kiedy wróci moja ciocia i w razie czego muszę być w domu.-popatrzyłam na niego skwaszoną miną.
-Kochanie, spokojnie. Obiad nie zajmie nam nawet 20 minut. Potem pójdziemy do ciebie i się pouczymy.-w pewnym momencie zrobiło mi się gorąco. Oto pierwszy raz Mike nazwał mnie 'kochanie'
-No dobrze ale nie dłużej.
-Obiecuje.
-------------------------------------------------
Witam ponownie i ponownie przepraszam
za spóźnienie. Rozdział nie jest jakiś wyjątkowy 
jednak mam nadzieję że wam się spodobał i 
przez ten brak akcji mnie nie opuścicie.

5.1.14

Rozdział Dziesiąty

X.Nadzieja
 
-Matt! Wstawaj.
-Daj mi spokój, głowa mnie boli-byłam wściekła. Ciotka jeszcze nie wróciła a ja mam się mordować z Mattem i jego porannym wstawaniem.
-To już twój problem. Mogłeś myśleć wcześniej gdy sięgałeś po butelkę a teraz podnoś te cztery litery bo podejmę się drastyczniejszych środków.
-Rób co chcesz, ja idę spać-moim zdaniem ciotka nie jest odpowiedzialna. Nie mieliśmy nic do jedzenia ponieważ ona nie zostawiła nam żadnych pieniędzy no i jeszcze Matt, Boże za co mnie tak każesz.
-Dobrze tylko nie krzycz-chłopak tylko mruknął coś pod nosem naciągając kołdrę na głowę. Miałam pomysł, dobrze był drastyczny ale jest to moja ostatnia szansa. Poszłam do kuchni, wyciągnęłam z szafki średniej wielkości garnek do którego nalałam lodowatej wody. Dźwigając garnek wróciłam do pokoju brata i jednym, gwałtownym ruchem wylałam całą zawartość na łóżko.
-Kurwa mać, co ty idiotko do cholery wyprawiasz?!
-Mówiłam nie krzycz, a po za tym nie przeklinaj. Teraz po małym prysznicu możesz iść do szkoły. I radzę ci iść bo może być później nieprzyjemnie.
-Ty mi nie rozkazuj bo, bo..
-Bo co-chłopak nie umiał odpowiedzieć, wyjął z szafki jakieś ciuchy i poszedł do łazienki. Ja w międzyczasie sięgnęłam po torbę i wyszłam z domu do szkoły. Szłam już jakieś pięć minut gdy nagle poczułam że ktoś za mną idzie. Kiedy się odwróciłam, nagrodziłam się w myślach za moje przeczucie. Tak, ktoś szedł za mną i tym kimś był Mike. Patrzył ze spuszczoną głową na chodnik. Moje serce zaczęło przyśpieszać, a oddech był nierówny. Próbowałam iść szybciej jednak czułam niemiłe pulsowanie w łydkach. Na szczęście na horyzoncie widać było już róg szkoły.
***
Trzecią lekcje miałam biologie na której siedziałam z Viktorią.
-Hej Lilly, co u ciebie?-popatrzyłam na nią zdziwiona bo przecież nigdy nie rozmawiałyśmy.
-Cześć. Dobrze a u ciebie?
-Też ale nie aż tak jak u ciebie..
-O co ci chodzi?-obróciłam się w jej stronę.
-Nic mi nie mówiłaś że Mike, ten nowy, jest twoim chłopakiem
-Słucham?
-No że Mike Ramirez, ten z którym ostatnio przyszłaś do szkoły to twój chłopak.-patrzyłam na nią zdezorientowana
-Viki, on nie jest moim chłopakiem. Nigdy nie byliśmy i nie jesteśmy razem. Skąd taki pomysł ?
-Żartujesz? Wszyscy o tym mówią-dopiero teraz zobaczyłam że wszyscy się na mnie patrzą. Zagłębiłam się głębiej na krześle po czym dodałam
-Nie jesteśmy razem!
-A powinniście. Wiesz jak on się na ciebie patrzy, oh. Ile ja bym dała by jakikolwiek chłopak tak na mnie patrzył a ty mi tu wyjeżdżasz że nic nie wiem? Dziewczyno, ogarnij się-byłam coraz bardziej wściekła. Byłam ciekawa kto rozgadał tak straszną plotkę, ale podejrzewałam już kto. 
Postanowiłam że od razu po lekcjach pójdę do tego dupka i mu nawciskam co o nim myślę, jednak pierwsze pytanie brzmiało: czy dam radę?
Lekcje ciągnęły się i ciągnęły i kiedy w szkole rozległ się dźwięk dzwonka wystrzeliłam z ławki, zabrałam z szafki najpotrzebniejsze książki i wyszłam ze szkoły.
-Lilly, Lilly poczekaj!
-Viki, nie mam teraz czasu, muszę coś załatwić-szybkim krokiem ruszyłam w stronę domu by odłożyć torbę. Tak też zrobiłam i już po dziesięciu minutach szłam samotnie po lesie w poszukiwaniu małego, drewnianego domku Mike.
Dzisiejszego dnia w lesie było zadziwiająco zimno i mrocznie tak jak by las przygotowywał się na niezłą awanturę. Szłam przedzierając się przez ostre krzaki których łodygi raniły moje ręce i twarz. Już myślałam że się zgubiłam gdy nagle zobaczyłam mały strumyczek.
-Tak, jestem prawie na miejscu- pomyślałam i przyśpieszyłam kroku. Krzaków było mniej jednak w tym miejscu ziemia była tak mokra że przy każdym kroku czułam że moje nowe, białe trampki nasiąkają wodą. Westchnęłam.
W końcu stanęłam na małej polance a przede mną stał mały, drewniany domek.
-Mike! Mike! Mamy jedną sprawę do obgadania!-drzwi do domku były otwarte i aż zapraszały do środka jednak ja, nie zważając na moją złość stałam ciągle w tym samym miejscu. Kiedy podeszłam bliżej zobaczyłam czerwone odciski łap na schodkach prowadzące do domku.
-O Boże. Mike!-powoli zaczęłam zbliżać się do drzwi. Bałam się że ten kiciuś którego widziałam w lesie gdy byłam na wycieczce z Mike przyszedł tu za nami i złożył nieoczekiwaną wizytę chłopakowi. Kiedy byłam już na trzecim schodku i miałam wchodzić na kolejny z domku dobiegło do mnie głośne prychnięcie pełne oburzenia.
-Mike?!-zrobiłam kolejny krok a z domu doszło do mnie ciche warczenie
Woląc nie ryzykować sięgnęłam po leżący niedaleko wielki badyl który miał mnie uchronić przed tym kto krył się w ciemnościach domku.
Nagle coś na mnie skoczyło a ja spadając z trzeciego schodka uderzyłam głową o ziemię. Pojawiły się mroczki. Kiedy byłam w stanie wstać zaczęłam się rozglądać jednak wszystko było rozmyte. Mój wzrok zatrzymał się na jakimś punkcie przesuwającym się w moją stronę. Bałam się i wiedziałam że jest już po mnie. Kiedy obraz się wyostrzył zobaczyłam dużego, szarego wilka szczerzącego ostre zęby. -Mike nie żyje a ja za moment do niego dołączę-pomyślałam
Zaczęłam się powoli cofać, później to powolne cofanie zmieniło się w szybki chód a później w bieg. Wiem, wiem. Nie powinnam uciekać ale też nie mogłam czekać aż to bydle przyjdzie i pożre żywcem.
-Idiotko i co teraz. Na drzewo nie wleziesz a on jest od ciebie szybszy!-powtarzałam w myślach. Nie widziałam go jednak wiedziałam że tam jest i biegnie na mnie, poluje.
Byłam zdziwiona gdy zza drzew wyłonił się mój dom. Przyśpieszyłam.
-Jezu udało się, udało. Ja żyje!-kiedy wbiegłam do przedpokoju moje serce stanęło a ja upadłam na kolana.
-Żyje!-powtarzałam w myślach. Na wszelki wypadek zamknęłam wszystkie okna i drzwi. Zrobiłam sobie herbaty i udałam się do swojego pokoju. Pół godziny później siedziałam na łóżku z pustą szklanka nadal się trzęsą.
-Mike nie żyje? Nie, nie, on żyje tylko ci się wydaje-wmawiałam sobie jednak nawet to mnie nie przekonało. Nagle rozległo się pukanie do drzwi. Byłam pewna że był to Matt, było już późno więc powinien być już w domu, jednak to nie on pojawił się w drzwiach gdy krzyknęłam "proszę"
-Jezu, myślałam że już po tobie-Mike wyglądał na zmęczonego. Na sobie miał tylko biały podkoszulek i czarne, krótkie spodenki.
-Też się cieszę że cię widzę
-Nie za zimno?-zapytałam drżącym głosem.
-Nie. Co ci?-bez żadnych emocji oparł się o biurko.
-Ty się pytasz co mi jest? Gdybyś był godzinę temu w domu, znalazł byś pewnie przed drzwiami moje zwłoki. Jezu, on się jeszcze pyta co się stało!-byłam oburzona. Przecież ten debil musiał zauważyć krew na schodach.
-Jeśli mi nie powiesz nie będę wiedział za co mam przeprosić-stwierdził trochę pobudzony.
-A więc zacznijmy od początku. Postanowiłam złożyć ci wizytę z powodu jednej plotki rozchodzącej się w szkole o której pewnie nic nie wiesz. No i zamiast ciebie zastałam wielkiego, szarego wilka który od tak wyskoczył na mnie z twojego domku i chciał mnie pożreć, to się stało!-z tego całego napięcia wstałam i podeszłam do okna by je otworzyć, nie wiem czy to w pokoju jest tak gorąco czy to mi skoczyło ciśnienie.
-Nic ci nie jest?-chłopak po przemyśleniu tego co powiedziałam znalazł się przy mnie.
-Nie, na szczęście ale mało brakowało. A tobie?
-Dopiero co wróciłem, miałem jedną sprawę do załatwienia-pokiwałam głową. Przez chwilę staliśmy w ciszy po czym zebrałam w sobie wszystkie siły i wtuliłam się w jego pierś. Mike wydawał być się trochę zaskoczony.
Przez te pół godziny samotnego siedzenia w pokoju uświadomiłam sobie że jednak coś do niego czuje i nic tego nie zmieni.
-Już w porządku. Nic ci nie jest, nic mi nie jest. Ciii-głaskał mnie po głowie a ja zaczęłam cicho szlochać. Złapał mnie za ramiona i delikatnie odsunął od siebie po czym spojrzał prosto w oczy, mówiąc.
-Lilly, już wszystko w porządku, jestem tu-nie wytrzymałam i pocałowałam go. Mike był jeszcze bardziej zaskoczony ale powiem szczerze że nie dziwię się mu. Najpierw go całuje, później odpycham a teraz znowu całuje.
-Lil..ly. Lilly!-trochę się zdziwiłam gdy jego ręka powędrowała w stronę mojego czoła.
-Ty na pewno nie masz gorączki?-pokręciłam głową. Chłopak spoważniał po czym spuścił głowę. Przez chwilę się na niego patrzyłam i już miałam wyjść z pokoju, zażenowana gdy chłopak podnosząc głowę zrobił zawadiacki uśmieszek. Przybliżył się do mnie o parę kroków tak że jego klatka piersiowa stykała się z moją. Był wyższy ode mnie prawię o głowę. Złapał mnie za podbródek i musnął swoimi ustami moje. Zdawało mi się że się trochę boi ale po chwili był już pewniejszy. Poznałam to po tym że jego ręce powędrowały po moich barkach w dół do dłoni, przeskoczyły na moją talie i skierowały się w dół na moje pośladki a ja poczułam dziwne za razem przyjemne uczucie w podbrzuszu.
---------------------------------------------------
Ohh Lilly, robi się gorąco.
Wróciłamm!  Po tej długiej za razem męczącej przerwie.
Na ten rozdział pomysłu nie miałam, jak zawsze ale jak widać udało się !
Mam nadzieję że się nie obraziliście za tą przerwę
i jesteście nadal ze mną.
Starałam się pisać z akcją i mam nadzieję że się podoba :*
Proszę o ocenę w komentarzach ;)


29.12.13

Uwaga!

Kochani czytelnicy!
Piszę ten post z informacją że kolejny rozdział pojawi się dopiero po nowym roku. Ostatnio mam kilka problemów w domu, nauczyciele pozapowiadali testy po feriach więc trzeba brać się do roboty. A po za tym mam jeszcze kilka innych blogów którymi trzeba się zaopiekować.
Życzę wam wszystkim wszystkiego najlepszego w Nowym Roku. Dużo szczęścia, miłości a przede wszystkim szczerości :*
Chciałabym wam podziękować za to że czytacie mojego bloga i za 977 wyświetleń ^-^

16.12.13

Rozdział Dziewiąty


IX.Coś czuje
 
Dzisiejszego dnia wstałam z wielkim uśmiechem na twarzy, który oczywiście szybko zniknął po tym gdy popatrzyłam na zegarek stojący na małej szafce obok mojego łóżka. Była 7:30 co oznaczało że po prostu się spóźnię. Z szeroko otwartymi oczami pobiegłam do łazienki by wziąć szybciutki prysznic. Po wykonaniu wszystkich porannych czynności poszłam do kuchni by zjeść śniadanie. Oczywiście ciocia nie zostawiła nam żadnych pieniędzy-jak miło, a lodówka świeciła pustkami więc byłam zmuszona wziąć duże, zielone jabłko z blatu. Przed wyjściem wpadłam jeszcze do pokoju Matta by się przekonać czy na pewno jest w domu. Kiedy byłam pewna że chłopak smacznie śpi wyszłam na zewnątrz. Tak się śpieszyłam że nawet nie zauważyłam idącego obok mnie Mike`a.
-O Mike, hej. Sorki ale bardzo się śpieszę. Pogadamy późn...
-Właśnie chciałem cię odprowadzić, to znaczy pójść z tobą do szkoły-zatrzymałam się i skierowałam wzrok prosto na niego
-Poczekaj bo chyba niedosłyszałam. Czy ty właśnie powiedziałeś że idziesz ze mną do szkoły?
-Tak to takie dziwne? Jeśli nie wierzysz to nadal muszę chodzić do szkoły-byłam zdezorientowana ale w końcu ponownie zaczęłam szybko iść.
-Aha. A dlaczego dopiero teraz się o tym dowiaduje
-No bo tak naprawdę nie byłem pewien czy mnie przyjmą. Papiery złożyłem dopiero parę dni temu i..
-Okey to jeśli idziemy Razem do szkoły radzę ci się pośpieszyć bo jesteśmy już spóźnieni- na szczęści pierwszą lekcję miałam fizykę a pani zawsze się spóźniała jednak wolałam nie ryzykować. Do szkoły przyszliśmy dokładnie piętnaście minut po dzwonku.
-Dobra, mam nadzieję że wiesz gdzie masz iść ehh..tak
-No pewnie. Mam nadzieję że się później spotkamy. Mam ochotę zabrać cię na spacer do lasu.-pokiwałam głową i poszłam w swoją stronę. Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu nauczycielka nie wpisała mi nieobecności lub jakiegokolwiek spóźnienia chociaż tym razem się nie spóźniła,przez co do końca zajęć byłam zadowolona. Tylko podczas lunchu udało mi się pogadać z Mike. Był tak zajęty szukaniem klas że nawet nie usłyszał jak go wołam. Po lekcjach poszłam do domu. Pierwsze co zrobiłam po otwarciu drzwi to sprawdzenie czy mój kochany braciszek jest w domu. Kiedy uchyliłam drzwi do jego pokoju ze zdziwieniem stwierdziłam że jeszcze śpi. Tak czego się można spodziewać po kimś kto dzień wcześniej wypił samemu prawie całą butelkę czystej wódki.
Dokładnie w tym samym momencie gdy zamknęłam drzwi do jego pokoju rozległ się dzwonek. Do drzwi próbowałam dotrzeć jak najszybciej by dźwięk nie obudził Matta
-No to co, idziemy?
-Pewnie.-cieszyłam się że Mike przyszedł tak szybko, przynajmniej nie musiałam siedzieć sama w domu.
W dzień las wyglądał o wiele inaczej niż w nocy. Przede wszystkim było jasno, gdzie się nie obejrzało można było zobaczyć jakieś zwierzątko a w nocy było tu zimno, mokro i w ogóle nie przyjemnie. Kiedy spojrzałam w stronę towarzysza zauważyłam że nad czymś duma. Postanowiłam mu nie przeszkadzać i po prostu szłam przed siebie gdy w pewnym momencie Mike zaczął się śmiać jak idiota.
-Co jest?-widać było że chce coś powiedzieć jednak śmiech mu na to nie pozwalać i złożył się w pół.
-Okey, powiesz mi o co chodzi?
-Przypomniało mi się jak pierwszy raz się spotkaliśmy. Wpadłaś na mnie, upadłaś a potem taka nieświadoma niczego wstałaś i gapiłaś się na mnie tymi swoimi pięknymi oczyma i nagle krzyknęłaś. W tamtym momencie twoja mina była bezcenna.
-Moim zdaniem wcale to nie jest śmieszne. Wiesz jak ja się w tedy wystraszyłam.
-Wiemm-przeciągnął "m" i ponownie zaczął się śmiać. Szturchnęłam go w ramie po czym złożyłam ręce na piersi i zrobiłam minę obrażonego dziecka.
-No dobra, już przestaje.
-Mam nadzieję.-skarciłam go wzrokiem. Nagle usłyszałam odgłos łamanego patyka, jak tamtego dnia przez co zaczęłam się rozglądać
-Spokojnie-jego głos mnie trochę pocieszył jednak nadal się rozglądałam
Chłopak złapał mnie za ramiona, obrócił w swoją stronę i powiedział patrząc w oczy
-Lilly, wszystko w porządku to tylko patyk.-poczułam się zawstydzona i zrzuciłam jego ręce z moich barków. Przez chwilę szliśmy w milczeniu ale po paru metrach Mike zaczął temat którego obawiałam się od samego początku.
-Podobam ci się, prawda-parsknęłam
-Ty, mi...bzdura-przy tym ostatnim wyrazie mój głos zadrżał.
-Wiesz o tym że mówisz nieprawdę.
-To dlaczego się pytasz jeśli niby wiesz lepiej?-byłam zakłopotana
-Po prostu chce żebyś to powiedziała, na głos i w końcu przestała kłamać.
-Dlaczego miałabym to mówić, heh?
-Bo do cholery ty mi się podobasz i wypadałoby żebyś ty też to powiedziała, tak jak ja-czyli wczoraj wieczorem nie robił sobie ze mnie żartów. Ja na serio mu się podobałam! Już dwa razy mi to wyznał a ja głupia nie potrafię przyznać tego przed samą sobą.
-Lilly ty mi się na prawdę podobasz. Nie robię cię w balona, mówię serio. I coś do ciebie czuje i to więcej niż tylko lubię cię. Mam na twoim punkcie obsesje, kiedy się widzę robi mi się gorąco i mam ochotę podbiec do ciebie i pocałować-na te słowa otworzyłam szeroko oczy. Nie miałam bladego pojęcia że ja...mu...że...on. Kiedy odwróciłam się w jego stronę on nie patrzył na mnie ale mogłam dostrzec że jest zawstydzony i zdołowany tym co przed chwilą powiedział.
-Mike nie bądź smutny. Co mam zrobić żebyś nie był-szturchnęłam go w żebra
-Przyznaj!
-Co mam przyznać ?!
-To że ci się podobam!-droczyłam się z nim ale nie wiedziałam że aż tak się wkurzy.
-Okey. Przyznaje podobasz mi się-mnie też ta rozmowa powoli męczyła i wolałam mieć to za sobą ale z tego co wyczytałam z jego twarzy wcale nie wskazywało na to że go przekonałam.
-Co znowu?-teraz ja byłam wkurzona ponieważ na początku chłopak wymusza bym się przyznała a kiedy to robię on nadal jest niezadowolony.
-Nicc
-Wiesz co, mam dosyć. Na początku każesz mi się przyznać a teraz..co ? Wkurzasz mnie i moje zdanie jest takie że spacer jest skończony-odwróciłam się na pięcie i zaczęłam wracać do domu. Szłam dość szybko i już po 10 minutach stałam w kuchni nalewając sobie wody do szklanki, no wiecie tak dla ochłody.
-Czeeść-przestraszyłam się bo myślałam że Matt będzie spał cały dzień
-Hej.
-Ale mnie łeb napieprza, kurwa.
-Napij się kawy z cytryną, powinno pomóc-pokiwał głową i ledwo trzymając się na nogach podreptał do blatu i zaczął przygotowywać sobie napój.
-Powiesz mi co się wczoraj stało?
-Uwierz nie chcesz wiedzieć, tak samo jak ja bo nic nie pamiętam.
-Wyobrażam sobie-zrobiłam coś co miało przypominać uśmiech i poszłam do swojego pokoju. Kiedy już się w nim znalazłam pierwsze co zrobiłam to rzuciłam się na łóżko i zaczęłam płakać. Strasznie brakowało mi rodziców, potrzebowałam ich. Tata na pewno pomógł Mattowi z jego problemem a mama dała mi jakąś dobrą radę co do Mike`a jednak życie nie jest zawsze fair.

----------------------------------------
Biedna Lilly :'(
A więc hej, kolejny rozdział gotowy. Trochę taki bez akcji
ale ostatnio nie mam głowy do kolejnych rozdziałów.
 


9.12.13

Rozdział Ósmy

VIII.Zwariowałam

Ta chwilka trwała trochę dłużej niż myślałam a dokładniej ponad pół godziny. Siedzieliśmy, śmialiśmy się i opowiadaliśmy nawzajem różne historie. W pewnym momencie wybuchłam śmiechem którego niestety nie mogłam pohamować.
-Haha, bardzo śmieszne-popatrzył na mnie oburzony
-Dla mnie tak. Boże, masz traumę do supermarketów po tym jak w dzieciństwie zgubiłeś się w nim gdy byłeś na zakupach z rodzicami ?-wybuchłam ponownie.
-No, na szczęście u nas nie ma supermarketów, przynajmniej takich wielkich- odwrócił głowę w drugą stronę by na mnie nie patrzeć. W jednej chwili przestałam się śmiać i szturchając Mike`a w ramie by trochę rozluźnić atmosferę
-Przepraszam ale sam musisz przyznać że to trochę...-nie dokończyłam ponieważ chłopak udając mój śmiech chamsko mi przerwał.
-Dobra, koniec tematu.-dodał sucho karcąc mnie wzrokiem. Trochę się zdziwiłam że przez taką małą, śmieszną rzecz on może się tak wkurzyć. Spuściłam głowę patrząc na mój kubek z herbatą który trzymałam w ręku. Przez chwilę w pokoju zrobiło się cicho. Co chwilę zerkałam spode łba na chłopaka próbując go rozgryźć jednak w pewnej chwili przyłapał mnie na tym uśmiechając się
-Co?-nie odpowiedziałam ponieważ w tej samej chwili usłyszałam że ktoś od klucza drzwi, prawdopodobnie Matt. Wstałam i nic nie mówiąc wyszłam z pokoju kierując się na dół. Kiedy zerknęłam na zegarek wiszący w kuchni na ścianie przypomniałam sobie o imprezie którą organizował brat jednak się zdziwiłam gdy Matt ledwo stał w przedpokoju, opierając się o ścianę z butelką wódki w ręku i siniakami na twarz.
-Jezu Chryste, co ty znowu odwaliłeś? Mike chodź tu..szybko!-krzyczałam podbiegając do półprzytomnego brata. Nie wiedziałam co się stało, nie wiedziałam co mam w tej chwili zrobić. Byłam roztrzęsiona. Chłopak próbował coś powiedzieć jednak uciszyłam go krótkim "zamknij się"
Kiedy Mike w końcu zszedł na dół i ujrzał mojego brata i do tego w tym stanie zamurowało go jednak po chwili się odsknął w momencie gdy Matt zsunął się po ścianie na podłogę, zemdlał. Nie wiedziałam czy dlatego ponieważ był pijany czy dlatego że ktoś go pobił. Byłam jeszcze bardziej przerażona i zaczęłam do niego mówić delikatnie klepiąc policzki by się obudził
-Matt, otwórz oczy ! Ej popatrz na mnie! Obudź się-jednak on nie reagował. Jego ciało było kompletne bezwładne.
-Mike proszę zrób coś.
-Lilly, chłopak się po prostu upił w cztery dupy. Rano będzie miał małego kacyka ale wiesz, każdy uczy się na własnych błędach-prychnął jednak mi nie było do śmiechu i posłałam mu mordercze spojrzenie przez które zrozumiał że ja nie żartuje
-Dobrze, już dobrze. Idź do kuchni i do szklanki z wodą wsyp w miarę dużo soli potem przynieś ją do łazienki.-pokiwałam tylko głową i od razu wykonałam polecenie dziękując mu uśmiechem. Mike tak szybko jak umiał podtrzymał Matt`a i poszedł z nim na górę. Zadanie polecone przez towarzysza nie było trudne jednak miałam pewien problem z ilością soli i dokładnie nie wiedząc ile mam jej wsypać stałam jak jakaś idiotka wpatrując się w szklankę z wodą. Nagle moja ręka drgnęła a połowa zawartości z solniczki znalazła się w wodzie.
-Tyle wystarczy-powiedziałam sama do siebie i jak najszybciej mogłam pobiegłam na górę próbując nie uronić ani kropli. Rozglądałam się po pomieszczeniu szukając obu chłopaków w końcu ich znalazłam w łazience. Matt leżał w wannie a Mike stał i się śmiał.
-Idiota-od razu pożałowałam ponieważ chłopak spojrzał na mnie tak jak by miał się zaraz na mnie rzucić.
-Okey. Co teraz ?
-Patrz-powiedział oschle po czym odkręcił wodę i zaczął lać na nieprzytomnego Matt`a. Chłopak od razu się obudził rzucając rękoma jak szalony. Mike zakręcił wodę, odebrał ode mnie szklankę i podał bratu.
-Wypij-z jednej strony chciało mi się śmiać z mojego brata a z drugiej było mi go żal.
Dosłownie parę sekund po tym jak Matt wziął dwa duże łyki zaczął wymiotować.
-Jezu, co to jest?!
-Wypij do końca, pomoże-skrzywił się po czym wykonał polecenie i po chwili zwymiotował drugi raz.
-Dobrze. Teraz się ogarnij i idź spać. Ja się zbieram-popatrzył na mnie a w jego oczach dostrzegłam smutek. Wyszedł a ja za nim. Nie zatrzymał się gdy go wołałam. Nie obejrzał. Po prostu szedł. Dopiero przy drzwiach podniosłam głos
-Mike Ramirez, nie ignoruj mnie.-udało się, jest! Zatrzymał się w półkroku ale nie odwrócił.
-Dlaczego się tak zachowujesz? Chyba już przeprosiłam za Tamto. Nie mów mi tylko że nadal się gniewasz-zaczął ruszać przecząco głową.
-No więc jeśli nie o to się gniewasz to o co?!-boże, dlaczego się tym przejmuje. Na moment pogrążyłam się rozmyślając nad tym wszystkim a kiedy wróciłam na ziemie, chłopaka już nie było. Auć, co to było? Tak tam głęboko w sercu, ukłucie. Zabolało.
Chciałam się dowiedzieć o co mu chodzi więc założyłam byle jak buty i nie biorąc już kurtki wybiegłam na zewnątrz zatrzaskując za sobą drzwi. Dokładnie nie wiedziałam w którą stronę poszedł ale podejrzewałam tylko jedno miejsce w które się od razu skierowałam. Kiedy tylko tam weszłam poczułam się dziwnie. Było zimno i mokro. Dopiero teraz zorientowałam się że pada ale w tej chwili nie zwracałam na to uwagi tylko zaczęłam iść coraz szybciej i szybciej, nawołując zgubę. Dlaczego ja w ogóle to robiłam? Po co miałam moknąć? Przecież mi na nim nawet nie zależało a nie, chwila..Nie, nie to nie możliwe przecież go nawet nie znam, a może jednak?
Cała moja głowa była przepełniona uczuciami, myślami, po prostu wszystkim.
Nie wiedząc co mogę jeszcze zrobić, zatrzymałam się. Dopiero teraz poczułam że cholernie bolą mnie nogi. Było ciemno przez co nie wiedziałam skąd przyszłam więc nie pozostało mi nic innego ja skulenie się na mokrej ziemi. W pewnym momencie zrobiło mi się zimno. Schowałam twarz w dłonie i zaczęłam cicho szlochać. Wiem że płacz w niczym tu nie pomoże ale te uczucia...
Nagle poczułam że ktoś za mną stoi. Trochę się przestraszyłam, wstałam przy tym czując ból w nogach.
-Czy to mnie szukasz?-poczułam Jego ciepły oddech na twarzy przez co zrozumiałam że staliśmy naprawdę blisko siebie a moje serce zaczęło bić jak szalone. Nic nie widziałam ale mogłam przysiąść że się uśmiecha, spuściłam głowę
-Przepraszam. Nie wiem co zrobiłam źle ale jeśli mi nie powiesz w tej chwili to nadal będziemy siedzieć w tym gównie, wiesz o co mi chodzi-poczułam że się odsunął o parę kroków.
-Mike...
-Kurwa dziewczyno ty nadal nie rozumiesz?-byłam trochę zdezorientowana
-Lubię cię. Nawet bardzo, bardzo cię lubię a ty przez ten cały czas byłaś tego nieświadoma. W tedy na wycieczcie, jak cię pocałowałem myślałem że ty też tego chcesz. Cały czas dawałem, daje znaki ale ty po prostu mnie olewasz.-czułam się jeszcze bardziej przygnębiona niż przed paroma minutami. W tej oto chwili miałam ochotę go przytulić, pocałować, powiedzieć wszystko co siedziało mi w głowię, co chciałam mu powiedzieć ale nie było mi dane ponieważ chłopak ciągnął dalej
-Po tamtym pocałunku wszystkiemu zaprzeczałaś, sama się okłamywałaś lub okłamujesz że tego nie chciałaś, że ci się nie podobało.
-Bo taka jest prawda-jeju, ty idiotko. Co ty robisz.
-Tak? -trochę się speszyłam kiedy chłopak znowu do mnie podszedł tym razem tak blisko że pomiędzy nas nie można było wcisnąć kartki papieru. Mike muskał ustami płatek mojego prawego ucha i szepnął
-Jesteś pewna?
-Tak-odpowiedziałam z drżącym głosem
-Przekonajmy się.Jeśli jesteś aż tak pewna to.. odepchnij mnie-chciałam tego, chciałam nawet bardzo ale najdziwniejsze jest to że moje ciało omówiło posłuszeństwa i po prostu nie mogłam się ruszyć.
-No odepchnij, przecież to nie jest trudne- złapał za moją rękę i położył sobie na piersi. Czułam jaka była gorąca, czułam jego szybkie bicie serca.
-No dalej, popchnij-pod moimi powiekami zaczęły zbierać się łzy. Czułam się teraz taka bezbronna. Miał rację, sama się oszukiwałam i to od jakiegoś czasu wmawiając sobie że nic do niego.. nie czuje. Za miast go popchnąć zacisnęłam rękę na jego koszulce. Chyba zrozumiał o co mi chodzi ponieważ od razu przyciągnął mnie do siebie i przytulił. Co chwilę muskał moją prawą skroń nosem przez co przez moje ciało przeszedł dziwny dreszcz.
-Wiedziałem.-szepnął a ja mimowolnie się uśmiechnęłam.
--------------------------------------------
Lilly, nie jesteś idiotką !
Witajcie, przepraszam że ostatnio nie pisałam
ale w tamtym tygodniu miałam dużo
nauki testy i tak dalej i po prostu
nie dałam rady a wczoraj...bez komentarza.
A więc jest, kolejny rozdział. Mam nadzieję że się podoba i
proszę o ocenę ;)

24.11.13

Rozdział Siódmy

VII.Przepraszam
 
 
Obudziłam się w swoim pokoju i nie mogłam sobie przypomnieć jak się tu znalazłam. Głowa strasznie bolała więc zaczęłam delikatnie pocierać skronie środkowymi palcami. Podpierając się o łóżko szybko się podniosłam czego od razu pożałowałam bo wszystko zaczęło wirować. Po chwili wszystko wróciło do normy i powoli zmierzałam ku łazience w której zimną wodą obmyłam twarz. Jedno mnie zastanawiało, jak wytłumaczę się cioci że niby byłam u przyjaciółki na imprezie a dwa dni później do domu przywozi mnie obcy chłopak. Jezu, jakie życie jest ciężkie i niesprawiedliwe. Dzisiaj szkoła zaczynała mi się trochę później więc z uśmiechem na twarzy nalałam wody do wanny, miałam zamiar wziąć długą, gorącą kąpiel która na pewno mi się przyda po paru dniach spędzonych w lesie. Pół godziny później byłam gotowa wybrać ubrania na dzisiejszy dzień. Zdecydowałam się na bluzę i leginsy.
Jeszcze rozczesałam włosy z którymi miałam najwięcej problemów i biorąc torbę zeszłam na dół. Na szczęście cioci nie było w domu i ze spokojem zaczęłam robić sobie kanapkę.
-Kto to był-usłyszałam głos gdzieś z kierunku kanapy
-Co?
-No ten chłopak który wczoraj cię przywiózł do domu?-byłam trochę zdezorientowana i z gotową kanapką usiadłam obok brata
-Masz szczęście że ciocia wyjechała na tydzień.
-Jak to wyjechała? Gdzie, kiedy? I co, zostawiła cię samego?-byłam wściekła na ciotkę że jest taka nieodpowiedzialna.
-Nie odpowiedziałaś na moje pytanie więc ja nie odpowiem na twoje.
-Okey, okey. Ten chłopa to Mike, mój znajomy z którym byłam 2 dni na wycieczce jednak ciocia nic o tym nie wie i jeśli jej powiesz, już nie żyjesz-szturchnęłam go w ramie.
-Okey, powiedzmy że ci wierzę. A więc ciocia dostała z pracy telefon że musi gdzieś wyjechać na tydzień, nie powiedziała gdzie. Stwierdziła że ty wrócisz niedługo a przez ten czas poradzę sobie bo cytuje: Jesteś dużym chłopcem.-byłam zszokowana. Moja ciocia zostawiła piętnastoletniego chłopaka samego w domu.
-A ty oczywiście korzystając z okazji nie poszedłeś do szkoły?
-Dokładnie, a i mam nadzieję że ciebie wieczorem nie będzie bo organizuje małą imprezę.
-No dobra ale żadnego alkoholu, striptizu i majonezu na ścianach.-parsknęłam wzięłam torbę i wychodząc dodałam
-Ale na twoje nieszczęście już jestem i jako twoja starsza siostra rozkazuję ci podnieść ten leniwy tyłek i pójść do szkoły. Jeśli nie, nici z wieczornej imprezy.-kiedy zamykałam drzwi usłyszałam tylko głośne jęknięcie. W drodze do szkoły kalkulowałam każdy moment mojej wycieczki z Mike`em. Nasz pocałunek, kłótnię i kota. Kiedy doszłam do tego momentu gdy zobaczyłam  żółte ślepia kota, wzdrygnęłam się. Czułam się jednak trochę winna z powodu Mike`a. Żałowałam że tak na niego naskoczyłam ale przecież go nie znam i z drugiej strony to była naturalna reakcja. Za nim wszystko przeanalizowałam byłam już w szkole. Zostały mi jeszcze dwie minut do lekcji więc jak najszybciej mogłam zaczęłam przeciskać się przez tłum dzieciaków którzy tak jak ja próbowali dojść do swojej klasy, bez sekundowego spóźnienia. Nie zdążyłam jednak wejść do klasy równo z dzwonkiem ale na szczęście miejsce koło mojej przyjaciółki było puste i z uśmiechem usiadłam obok niej.
-Hej
-Hej-odpowiedziałam odwracając się w jej stronę
-No i jak było?-znowu byłam zdezorientowana ale po chwili się opanowałam
-Było mega. Ciocia do ciebie dzwoniła ?
-Nie, nic mi o tym nie wiadomo. A do ciebie?-dopiero teraz zrozumiałam że ciocia ani razu do mnie nie zadzwoniła.
-Aż dwa razy-skłamałam. Towarzyszka tylko skinęła głową i wróciła do swojej pracy a dokładniej bazgrania po zeszycie. Wszystkie lekcje minęły szybko. Kiedy miałam już zamiar wyjść z klasy w której miałam matematykę zawołała mnie nauczycielka
-Tak?
-Lilly, ostatnio testy nie idą ci za dobrze i jeśli tak dalej pójdzie będziesz musiała powtarzać rok.-byłam trochę wstrząśnięta tą informacją bo nie byłam świadoma tego że jest aż tak źle.
-Ou, to chyba źle ale...
-Wiem o twojej obecnej sytuacji i naprawdę nie wiem jak ci pomóc. Jednak, może...weźmiesz korepetycje ?
-O nie, tylko nie to-pomyślałam
-Pewnie, to jest naprawdę dobry pomysł.-z jednej strony w tej chwili z niej drwiłam ale z drugiej w głębi duszy czułam że muszę to zrobić.
-To świetnie.-wzdychając głośno, wyszłam z klasy kierując się do wyjścia. Kiedy byłam na zewnątrz spostrzegłam że pada. Z grymasem na twarzy założyłam kaptur i szybkim krokiem wyszłam na ulicę jednak po chwili usłyszałam że ktoś mnie woła, zaczęłam się rozglądać i kiedy zobaczyłam znajomego Jeepa i opartego o jego maskę Mike`a po drugiej stronie ulicy przestałam się nerwowo rozglądać. Z szeroko otwartymi oczami podeszłam do niego
 -Cześć
-Czego chcesz-chamsko rzuciłam w jego stronę nawet się nie witając
-Przyjechałem po ciebie
-Po co?-zapytałam bez jakichkolwiek emocji.
-Ponieważ pada i...chciałbym zaprosić cię na obiad
-Raczej Halucynacji nie mam, a po za tym już jadłam-z naciskiem na halucynację odwróciłam się i miałam zamiar odejść jednak on złapał mnie za nadgarstek i mocno przyciągnął do siebie przez co musiałam oprzeć się o jego klatkę piersiową.
-Nadal jesteś zła, smutna i..
-Przestań. W cale nie jestem zła ani smutna po prostu nie mam ochoty z tobą gadać- z drżącym głosem, skłamałam bo właśnie w tej chwili miałam największą ochotę z nim pogadać i wszystko wyjaśnić.
-Wiem że jesteś smutna, czuje to i po prostu chciałbym cię przeprosić za moje zachowanie, chciałem cię przeprosić za pocałunek i..po prostu przepraszam-zrobiło mi się go żal kiedy widziałam go jak się przede mną tłumaczył.
-Nie tłumacz się. To ja cię powinnam przeprosić za to że na ciebie naskoczyłam. Jesteś tylko facetem i nigdy nie wiadomo co siedzi ci w tym łbie
-To co odwieźć cię do domu czy będziemy tu tak stali przekomarzając się?
-Pojedźmy do mnie.-uśmiechnął się i pocałował mnie w skroń, znowu.
Parę minut później staliśmy pod moim domem w którym jak się wydawało nikogo nie było.
-Może wejdziesz?
-No nie wiem, nie wiem.-odpowiedział mierzwiąc sobie włosy
-Nalegam
-Uu, no to jeśli nalegasz to chwilka mnie nie zbawi.-uśmiechnął się po czym zgranym krokiem weszliśmy do przedpokoju.
 
-----------------------------------------------
Ten rozdział wydaje się być taki nudny jak flaki z olejem
ale to wszystko przez to że nie mam żadnej oceny od was.
Powtarzam jeszcze raz że wasze
zdanie albo da mi kopa albo po prostu
nakaże zwolnić jednak w tym przypadku prawdopodobnie
dałoby mi kopa ;)


18.11.13

Rozdział Szósty

 
VI.Powrót
 
Całą drogę w samochodzie panowała cisza. Żadne z nas nic nie mówiło ani nawet nie zerkało w swoją stronę od Tej sytuacji. Kiedy poczułam że samochód zatrzymał się odtworzyłam szybko drzwi i potykając się z nerwów wypełzłam na zewnątrz. Gdy byłam coraz bliżej mojego namiotu cały czas czułam wzrok chłopaka na moich plecach jednak nic sobie z tego nie robiąc szłam dalej. Weszłam do namiotu, miałam ochotę się rozebrać i po prostu położyć spać jednak w ostatniej chwili spostrzegłam poduszkę i ubrania Mike`a. Nie chcąc jakiegoś krępującego spotkania zebrałam rzeczy na jedną kupkę którą po chwili wyniosłam na zewnątrz, skierowałam się w stronę drugiego namiotu i po prostu chamsko je do środka wepchnęłam.
-Dziękuję bardzo-usłyszałam sarkastyczny tekst rzucony w moją stronę.
-Nie ma za co-wykrzywiając usta w coś co miało przypominać uśmiech wróciłam do namiotu. Nie dość że byłam bardzo zmęczona po dzisiejszej wędrówce to jeszcze ta sprawa z Mike`m mnie dobiła. Zła na samą siebie nie wiadomo za co rozebrałam się po czym włożyłam długie spodenki od pidżamy ponieważ dzisiejsza noc zapowiadała się na zimną, weszłam pod koc i wtuliłam się w poduszkę. Po chwili poczułam coś mokrego spływającego po moim policzku, płakałam. Kurde przecież nie mam powodu do płaczu, a jednak nie mogłam tego powstrzymać. W jednym momencie wszystkie rany zaczęły szczypać i pulsować. Nie chcąc wołać Mike`a dając mu tą satysfakcję że go potrzebuje po prostu zamknęłam oczy, masując miejsca które najbardziej bolały. Całą noc nie mogłam zasnąć no oprócz tych 2 godzin które przedrzemałam.
Kiedy wyszłam z namiotu pierwsze co poczułam to chłód owiewające moje ciało, od razu wróciłam się biorąc ciepłą bluzę. Odruchowo zerknęłam w lewo stwierdzając że namiot towarzysza jest otwarty. Miałam chęć sprawdzić czy chłopak jest w środku jednak trochę było by dziwnie podejść i od tak zajrzeć, na szczęść na przeciwko jego 'schronu' leżał plecak z jedzeniem, miałam wymówkę i z uśmiechem ruszyłam stanowczym krokiem. Zawiodłam się ponieważ chłopaka w środku nie było, w ogóle środek namiotu wyglądał tak samo jak wczoraj gdy wkładałam jego rzeczy do środka. Byłam coraz bardziej poddenerwowana bo wyglądało na to że Mike w ogóle nie kładł się spać.
-Pewnie pojechał po coś do picia-jęknęłam jednak po chwili cofnęłam słowa ponieważ samochód stał tam gdzie ostatnio zaparkowaliśmy. Wyciągnęłam z torby kanapkę z serem i butelkę soku na co mój brzuch zareagował głośnym burknięciem, od razu wzięłam się do jedzenia. Kiedy skończyłam swój poranny posiłek, wstałam i ruszyłam do namiotu przebrać się w zwykłe dresy. Właśnie w tej chwili od tak naszła mnie ochota powrotu do domu. Zdesperowana postanowiłam że pójdę do tego strasznego, ciemnego lasu poszukać Mike`a po to by powiedzieć mu że chce już wracać. Wzięłam jeszcze ze sobą telefon który po chwili wydał mi się zbędny i wyszłam na zewnątrz. Od razu stwierdziłam że coś się zmieniło a dokładniej ni stąd ni zowąd przy ziemi pojawiła się...mgła. Na chwilę zdrętwiałam bo ten widok wyglądał trochę mrocznie jednak po paru sekundach otrząsnęłam się i wróciłam do mojej pracy a mianowicie znalezienie chłopaka. Las był po prostu taki mokry, pusty i mogłabym jeszcze tak wymieniać do momentu kiedy się nie potknęłam i twarzą nie wpadła w pajęczynę...i obrzydliwy. Szłam i szłam a gdy spojrzałam na zegarek stwierdziłam że idę już ponad 15 minut, załamałam się bo za bardzo nie wiedziałam skąd przyszłam gdy nagle ujrzałam jakiś ruch około 20 metrów ode mnie. Mając nadzieję że to Mike zaczęłam iść szybkim krokiem w jego kierunku z półuśmiechem jednak ten uśmiech bardzo szybko zszedł z mojej twarzy gdy w końcu byłam w stanie powiedzieć że ten ktoś kogo miałam za zgubę w cale nią nie był, był to jednak kot..duży,duży kot. Z szeroko otwartymi oczami po prostu tam stałam i zastanawiałam się co mam zrobić położyć się na ziemi jak przy ataku psa czy uciekać bo przecież halo, to nie pies. Niestety po chwili strach przezwyciężył i rzuciłam się biegiem gdzieś w prawą stronę. Biegłam, biegłam co chwilę się potykając, miałam jednak tą jedyną nadzieję że ten Kot był najedzony. Kiedy w końcu wybiegłam na polankę gdzie znajdowały się nasze rzeczy kamień spadł mi z serca jednak ono waliło mi jak szalone, nie mogłam złapać oddechu.
-A jak ten kotek jednak ma na mnie chrapkę?-powiedziałam sama do siebie w duchu gdy nagle ktoś delikatnie dotknął mojego ramienia.
-Aaaaaa!!!-krzyknęłam na całe gardło rzucając się na ziemie myśląc że kotecek wrócił
-Ej, ej co się stało?-o mało nie dostałam zawału, byłam na niego wściekła ale z drugiej strony cieszyłam się że jest. Wytarłam sobie twarz z potu, wstałam i nie wiedząc co zrobić przytuliłam go, przy nim czułam się naprawdę bezpieczna.
-Okey, zaczynam się denerwować. Powiesz o co chodzi?-delikatnie odsunął mnie od siebie a ja łapiąc powietrze w końcu się odezwałam.
-E..Tam..widziałam...to...eh
-Wysłowisz się w końcu?
-Widziałam kota. Nie takiego zwykłego kota, takiego dużego. Wyglądem przypominał lamparta, był czarny.-kiedy spojrzałam na jego twarz ujrzałam niedowierzenie i po chwili zaczął prychać.
-Nie wierzysz mi.-skrzywiłam się.
-Raczej trudno w to uwierzyć. Może miałaś po prostu coś w stylu halucynacji.-nie mogłam uwierzyć w to co on mówił. Chciał mi wmówić że tak naprawdę nic tam nie było?
-Nie to na pewno nie były halucynacje i ja to widziałam!-byłam bliska histerii. Parę minut wcześniej to coś mogło mnie zjeść na śniadanie a on mówi mi że to były halucynacje
-Nie ważne. Przecież cię to nie interesuje ponieważ ty z samego rana postanawiasz sobie iść na spacerek zostawiając mnie, znowu. Gdzie byłeś? Nie jest ci przypadkiem zimno.-dopiero teraz zobaczyłam że Mike jest tylko w krótkich spodenkach.
-No ehmm, byłem pobiegać. A tak w ogóle to po co mnie szukałaś?- z pytającym wyrazem twarzy ruszył w stronę namiotu z którego wyciągnął bluzę.
-Szukałam cię po to by ci powiedzieć że chce już wracać do domu.
-Dlaczego?-zapytał, odwracając się gwałtownie w moją stronę.
-Nie wiem, po prostu a po dzisiejszym wydarzeniu nie zmienię zdania.-nie chciałam mu mówić że jak stoi tak blisko mnie mam ochotę się na niego rzucić a gdy słyszę jego głos moje serce przyśpiesza.
-Dobrze, jak sobie życzysz. Złóż namioty ja zapakuje torby i jedziemy.-ku mojemu zdziwieniu uśmiechnął się  na co skinęłam lekko głową i zabrałam się do roboty.
Pół godziny później byłam gotowa do drogi tak samo jak Mike. Zapakowaliśmy wszystko do samochodu, zrobiłam jeszcze tylko zdjęcie pięknego widoku w razie gdybym już tu nie przyjechała i ruszyliśmy. W samochodzie panowała krępująca cisza którą po chwili przerwał chłopak.
-Mogę zadać ci jedno małe pytanko?-skinęłam dwa razy
-Czy wczoraj płakałaś przez tą całą sytuację na wycieczce ? Płakałaś...przeze mnie?-skąd on to wie, skąd on wie że w ogóle płakałam.
-Ja płakałam? Chyba ci się coś wydawało.-co miałam mu powiedzieć? Tak to wszystko twoja wina. To wszystko przez to że chyba coś do ciebie czuje.
-Jeśli tak mówisz.-cały czas wpatrywałam się w widok za oknem którym był las. Droga powrotna dłużyła się i dłużyła aż poczułam że moje powieki opadając i w końcu zasnęłam.
 
-----------------------------------------------
Przepraszam za spóźnienie ale
wczoraj coś mi blog nawalał no i po prostu nie mogłam
ale na szczęście dzisiaj jest wszystko
w porządku no i jest szósty rozdział.
Mam nadzieję że się podoba i proszę o ocenę w komentarzach :*

10.11.13

Rozdział Piąty

 
V.Szlak
 
 
Obudziłam się gdy zaczęło świtać. Byłam strasznie głodna więc postanowiłam odgrzać sobie jedną z zupek jednak najpierw musiałam się wydostać z uścisku śpiącego obok mnie Hashara. Delikatnie złapałam jego rękę i próbowałam wyślizgnąć się spod niej jednak kiedy byłam prawię wolna on szybkim ruchem przyciągnął mnie do siebie i tyle zostało z moich starań.
-Mike..-szepnęłam podejmując kolejną próbę.
-Mike..mógłbyś mnie w końcu puścić?
-Nieee...-usłyszałam jakiś mamrot dochodzący z jego ust. Nic, nie ruszył się tylko coraz bardziej wtulał się w moje plecy. Trochę zdenerwowana postanowiłam podjąć bardziej krytyczne środki a dokładniej mówiąc "łaskotki" Przekręciłam się na tyle by dosięgnąć jego boku i zaczęłam ściskać jednak on nadal się nie ruszał tak jak by tego nie czół.
-Hashar proszę. Muszę wyjść...za potrzebą-skłamałam.
-No już daj mi się przynajmniej rozbudzić.
-Rozbudzisz się później teraz mnie puść.- karając go zaczęłam się wiercić.
-A jeśli za potrzebą to wolę cię puścić niż potem sprzątać.-rozluźnił uścisk po czym się odsuną a ja z oburzeniem na twarzy wyczołgałam się z namiotu i ruszyłam w stronę plecaka leżącego obok wygaszonego paleniska. Kiedy zajrzałam do środka zauważyłam że pojawiły się dwie nowe butelki soku pomarańczowego, dwie zupy i cztery jabłka.
-Byłeś gdzieś w nocy?-zapytałam odwracając się w stronę namiotu z którego usłyszałam zaspany głos.
-Byłem, byłem.
-I po prostu zostawiłeś mnie tu samą jak palec, tak?-skarciłam go podnosząc głos gdy nagle zobaczyłam Mike`a wychodzącego w samych spodenkach.
-Przecież spałaś, co mogło ci się stać?-zmarszczył nos przeciągając się leniwie.
-Nie no prawdopodobnie takiej ofierze losu jak ja nigdy się nic nie staje.-wściekła wzięłam jabłko i wróciłam do namiotu by się przebrać, niestety czym dłużej o tym myślałam złość malała.
-Przepraszam..-usłyszałam zza namiotu lecz nie miałam zamiaru odpowiadać.
-Wiem, nie przemyślałem tego i jak by co nie jesteś ofiarą losu.-prychnął po czym szybko dodał.
-Weź spakuj trochę jedzenia, picia i załóż jakieś dobre buty. Mam zamiar zabrać cię na mały spacer.-na początku pomysł mi się nie spodobał ponieważ byłam cała obolała ale po krótkim namyśle stwierdziłam że spacer hmm, dobrze mi zrobi.
Pięć minut później siedzieliśmy już w samochodzie. Przez pewien moment jechaliśmy przez las który mnie przerażał ponieważ było w nim bardzo ciemno jednak po chwili wyjechaliśmy z niego i do końca drogi byłam zadowolona. Zatrzymaliśmy się na małym parkingu na którym nie było żadnych samochodów. Było tam prześlicznie, dużo drzew, kwiatów i kolorowych krzewów.
-Widzisz ten szlak o tam.-pokazując palcem gdzieś przez siebie zrobił dwa kroki w moją stronę.
-Właśnie tamtędy będziemy spacerować.-miałam tylko nadzieję że nie będzie chciał chodzić cały dzień jednak po chwili się zawiodłam
-Cały "spacer" zajmie nam parę godzin więc radzę ci się przygotować na to psychicznie.
-Haha, bardzo śmieszne. Szkoda że przed wyjazdem nie powiedziałam ci że nie lubię chodzić za dużo, mój błąd.
-Ej no nie obrażaj się-podszedł do mnie widząc moją minę i szybko dodał.
-Przepraszam za to że w nocy cię zostawiłem-powiedział całując mnie w skroń.
-Dlaczego zawsze to robisz?-zapytałam marszcząc czoło
-O to ci chodzi?-zrobił zawadiacki uśmiech po czym chciał ponownie mnie pocałować jednak ja się nie dałam cofając się o krok przez co o mały włos nie przewróciłabym się o kamień jednak Mike był szybszy i podtrzymał ruchem ręki moją osobę.
-Ponieważ masz tam taką przyjemną skórę.-uśmiechając się lekko ruszył w stronę szlaku.
-Okey, na przyszłość będę wiedziała.-Ten mały spacer w cale nie był taki mały. Po 15 km miałam dosyć i przykucnęłam pod najbliższym drzewem wyjmując butelkę soku pomarańczowego i wypiłam połowę trzema haustami.
-Ile masz zamiar jeszcze tak iść.-zapytałam wycierając pot spływający z czoła.
-No wiesz dojście na samą górę zajęłoby nam cały dzień więc wybrałem inne miejsce do którego jest jeszcze jakieś 10 km.
-Nigdy bym z tobą nie pojechała gdybym wiedziała że jesteś takim tyranem.- szczerząc zęby wstałam i ruszyliśmy w drogę. Gdy w końcu doszliśmy na miejsce nogi paliły mnie od środka, byłam wyczerpana.
-Widać że kondychy ci brakuje.-parsknął.
-No widzisz..-powiedziałam siadając na trawie i włożyłam głowę pomiędzy nogi.
-Co jest?-zapytał i usiadł obok mnie.
-Nie mam siły, wszystko mnie boli. Mam jednak nadzieję że nie chcesz iść dalej, chce już wracać do namiotu i po prostu położyć się spać.
-Już zaraz wracamy.-objął mnie ręką ponownie muskając ustami moją skroń. Miałam już tego serdecznie dosyć i po prostu się od niego chamsko odsunęłam pytając
-Po co mnie w ogóle tu przyprowadziłeś ?
-Chciałem żebyś złapała trochę świeżego powietrza no i zobaczyła ten piękny widok.-dopiero teraz zobaczyłam że przed nami rozpościera się wielka przepaść a w oddali widać góry, ten widok zapierał dech w piersi. Nagle poczułam czyjeś ręce na moich biodrach odwracające mnie o 180 stopni. Chłopak stał tak blisko mnie że mogłam poczuć jego oddech na mojej twarzy, patrzyliśmy sobie prosto w oczy gdy w pewnym momencie nasze usta złączyły się w namiętnym pocałunku. Nawet nie wiem kiedy moje ręce powędrowały na jego szyje a jego na moje pośladki. W tym momencie poczułam tysiące motylków w moim brzuchu jednak po chwili się opamiętałam i jak oparzona odskoczyłam od niego.
-O co ci chodzi tym razem?-zapytał rozkładając ręce
-O nic po prostu w ogóle cię nie znam i nie powinnam...
-Wiem o tym że ci się podobam, przecież nie jestem ślepy.
-Moim zdaniem jesteś a teraz koniec tematu, wracajmy już.-wściekła za moje zachowanie zaczęłam dreptać drogą którą przyszliśmy. Dopiero przy samochodzie Hashar odezwał się jako pierwszy.
-Przepraszam, okey.
-Po prostu zapomnij.-ze smutkiem na twarzy wsiadłam do samochodu. Całą drogę wpatrywałam się w szybę żałując że tu w ogóle przyjechałam.
 
-----------------------------------------------
No dobra, kolejny rozdział gotowy.
Ostatnio nie mam w ogóle pomysłów na kolejny rozdział
ale mam nadzieję że się spodoba ;)

4.11.13

Rozdział Czwarty

 
IV.Szepty
 
 
Potrzebowaliśmy całego dnia aby dojechać na miejsce. To co zobaczyłam po wyjściu z samochodu odebrało mi mowę. Staliśmy na skraju lasu a przed nami rozpościerała się łąka z różnymi rodzajami kwiatów. W tle można było dostrzec góry pokryte śniegiem.
-Jak tu ślicznie-podziwiając widoki wciągnęłam zapach wieczornej bryzy.
-Lubię tu od czasu do czasu wieczorem przychodzić.-powiedział wysiadając z auta.
-Wcale ci się nie dziwie. Jak bym wiedziała że takie miejsce istnieje też bym tu przychodziła.-śmiejąc się zaczęłam kiwać głową.
-Ty się lepiej nie ociągaj tylko rozstaw namiot a ja pójdę pozbierać trochę gałęzi. Nie długo zrobi się ciemno a w tedy będzie kiepsko.-wyjął torbę z tylnego siedzenia i mi ją podał.
-Ale jest jedno "ale"-powiedziałam spuszczając głowę i cofając się o parę kroków.
-O co chodzi?-zapytał marszcząc czoło
-O to chodzi że nie umiem rozkładać namiotu, nigdy tego nie robiłam.
-W torbie z namiotem jest instrukcja, na pewno sobie poradzisz.-uśmiechnął się rzucając mi torbę.
-Oczywiście, jak by mogło być inaczej.-powiedziałam z sarkazmem po czym męcząc się z ogromną torbą podreptałam pod duży klon. Na początku myślałam że z instrukcją pójdzie mi o wiele lepiej jednak myliłam się. Na początku zauważyłam że w torbie znajdują się dwa namioty. Hashar powiedział bym rozłożyła tylko jeden jednak ja nie miałam ochoty spać koło niego więc postanowiłam że wyjmę oba. Gdy otworzyłam pierwszą stronę instrukcji od razu pożałowałam że nie zamieniłam się z Hasharem, zbieranie gałęzi nie może być takie trudne. Kiedy byłam przekonana że pierwszy namiot stoi stabilnie, zawiał wiatr i całą moją ciężką pracę diabli wzięli.
Wściekła zaczęłam kląć pod nosem gdy nagle usłyszałam jakiś szept gdzieś za sobą
-Śmierć.-szybko się odwróciłam jednak nikogo tam nie było.
-Hashar to nie jest śmieszne!-krzyknęłam z przerażeniem na twarzy.
-Co nie jest śmieszne?
-Nie ładnie tak się skradać i straszyć.-podciągając rękawy podjęłam kolejną próbę złożenia namiotu tym razem bez pomocy książki.
-Dopiero co przyszedłem a po za tym, wow widzę że nawet z instrukcją nie dasz rady.-stwierdził złośliwie po czym rzucił mi pod nogi zebrane gałęzie.
-Dobra zabierz się do rozpalania ogniska, oczywiście jeśli do tego też nie potrzebujesz instrukcji a ja dokończę za ciebie.
-Czy ty mnie tu przywiozłeś tylko po to żeby mi podokuczać?-zapytałam rozkładając ręce.
-Niee. No już, już zabieraj się do roboty.-ponaglając mnie ruchem ręki zabrał się za namiot. Rozpalanie ogniska było najprostszą czynnością jaką kiedykolwiek robiłam. Miałam szczęście że w kieszeni spodni znalazłam zapalniczkę, nie miałam ochoty prosić o pomoc pana zarozumiałego. Kiedy postanowiłam pochwalić się moim dziełem ku mojemu zdziwieniu oba namioty były już rozstawione i nie wydawało się by miały za chwilę runąć.
-Jak ty to tak szybko zrobiłeś. Mi się nie udało przez ten cały czas jednego rozłożyć a co dopiero dwa.-chodząc w około namiotów nie mogłam uwierzyć w to co widzę.
-Haha, ma się ten dryg-szczerząc zęby po chwili dodał siadając koło ogniska
-Do wyboru mamy zupę grochową, zupę pomidorową lub jabłko, co chcesz?
-Chyba zadowolę się jabłkiem.-stwierdziłam wyciągając rękę po duże, zielone jabłko owinięte w folie.
-Jak chcesz.-powiedział otwierając puszkę z zupą grochową.
-Skąd wiesz jak rozłożyć namiot?-zapytałam po chwili zastanowienia.
-Jak byłem mały często jeździłem z tatą do lasu na małe polowanie. Za każdym razem kazał mi rozkładać namioty chociaż tego nie umiałem, po każdej próbie sprawdzał moje błędy i je poprawiał.
-To fajnie. Ja nigdy nigdzie nie jeździłam z rodzicami na żadne wycieczki.-biorąc duży kęs spuściłam głowę
-Dlaczego, jeśli mogę spytać.
-Pierwszą przeszkodą był mój brat który miał uczulenie na jakieś rośliny które znajdują się w lesie a drugą przeszkodą byłam ja sama. Moje zachowanie było masakryczne od momentu gdy zaczęłam chodzić z Lukiem. Nie było tygodnia w którym bym nie znalazła się na komisariacie, w którym bym nie przyszła do domu pijana. Przestałam taka być jakieś 2 tygodnie od naszego pierwszego spotkania kiedy między mną a Lukiem źle się układało. Od samego początku moi rodzice mówili że to zły chłopak lecz ja ich nie słuchałam. W dzień kiedy się poznaliśmy, może jakieś 10 minut wcześniej przyszłam na imprezę na której on mnie zdradził z taką cheerleaderką.
-To smutne, ale świat na tym wszystkim się nie zatrzymał.-próbował mnie pocieszyć.
-Ale tak i tak ci zazdroszczę.
-Gdy byś musiała sama zabijać zwierzęta powiedziałabyś coś innego.
-Ouu, pewnie tak.-parskając wrzuciłam resztkę jabłka do siatki foliowej i schowałam do plecaka. Nawet nie zauważyłam kiedy się ściemniło.
-Chyba zrobiło się późno. Lepiej pójdę przyszykować sobie namiot.-powiedziałam wstając.
-Dobra noc.-powiedział na pożegnanie.
-Dobra noc.-odpowiedziałam. Po 20 minutach byłam gotowa do snu. U mnie w namiocie było całkowicie ciemno jednak gdy przewróciłam się na lewy bok zobaczyłam że w namiocie Hashara świeci się światło.
-Dupek.-szepnęłam i ze zmarszczonym nosem zamknęłam oczy. Kolejne 20 minut leżałam w bez ruchu czekając aż w końcu zasnę. Gdy poczułam że moja cała lewa strona ciała zdrętwiała postanowiłam położyć się na wznak, kiedy podparłam się na łokciach zobaczyłam  że mój namiot jest rozpięty.
-Przecież go zamknęłam-pomyślałam w duchu, wstałam i wyjrzałam na zewnątrz jednak nikogo nie zauważyłam. Ignorując sprawę zasunęłam namiot i wróciłam na moje miejsce.
-Śmierć, krew, zdobycz-usłyszałam po czym gwałtownie wstałam rozglądając się po namiocie, jak zawsze nikogo nie było
-Dziewczyno, ty wariujesz. Weź się w garść i idź spać.-powiedziałam sama do siebie zerkając czy u Hashara świeci się światło, niestety poszedł już spać.
Wzięłam dwa głębokie wdechy i z dudniącym sercem przyłożyłam twarz do poduszki gdy nagle poczułam ostry ból w nadgarstkach, na brzuchu, plecach i nogach. Wściekła z myślą że sen tej nocy nie jest mi dany zrzuciłam z siebie koc. Zauważyłam  że na całym ciele mam głębokie, krwawiące rozcięcia. Żeby się upewnić czy mi to się nie śni dotknęłam jednej z krwawiących rys jednak krew rozmazała się po skórze pod dotykiem moich palców. Przestraszona zaczęłam krzyczeć ponieważ na moich oczach pojawiały się kolejne i kolejne. Wszystko mnie piekło a ja nie mogłam nic zrobić, w końcu łzy z bólu zaczęły spływać po moich policzkach.
Chciałam zawołać Hashara jednak nie mogłam wydusić z siebie żadnego słowa. Na szczęście chłopak  musiał usłyszeć mój wcześniejszy krzyk bo zjawił się w mgnieniu oka i kucnął obok mnie.
-Co zły sen? Wszystko w porz...-urwał gdy jego wzrok spoczął na moim ciele.
-Nic nie jest w porządku.-powiedziałam przez łzy.
-Cholera!-krzyknął i wybiegł z namiotu ale zaraz wrócił z apteczką.
-Boże Emily, co ci się stało?
-Nie wiem. Zauważyłam że namiot jest otwarty więc wstałam by go zamknąć, gdy się położyłam wszystko zaczęło mnie szczypać.-wytarłam oczy bolącą ręką.
-Ałaa.-krzyknęłam kiedy Hashar wycierał krew z mojego brzucha i ruchem ręki odepchnęłam go.
-Przepraszam.-powiedział roztrzęsionym głosem.
-Okey.-sięgnęłam po drugą gazę i zaczęłam opatrywać moje ręce. Po 10 minutach cała w plastrach leżałam na prawym boku.
-Ehm, chcesz żebym został czy żebym sobie poszedł?
-Wolałabym żebyś został.-stwierdziłam po dłuższym namyśle. Chłopak zdjął buty i wślizgnął się pod koc który był troszeczkę za mały dla nas obojga, przysunął się tak blisko że czułam ciepło jego klatki piersiowej.
-Coś mi się wydaje że to dopiero początek.-powiedział obejmując mnie ręką.
 
--------------------------------------------------
Przepraszam was z całego serca za
spóźnienie. Mam nadzieję że
rozdział wam się spodoba chociaż nie jest najlepszy.
Przypominam o opinię w komentarzach ;)
Powered By Blogger